niedziela, 31 sierpnia 2014

Night biking Katowice- noc z 30 na 31.08.2014


Zgodnie z wcześniejszymi planami w sobotnie popołudnie wyruszam na night biking do Katowic. Z chłopakami jestem umówiona jak zawsze pod żabą na ul. Stawowej, stamtąd wspólnie pokręcimy na lotnisko w Muchowcu gdzie zaczyna się impreza.
Z domu wyruszam dość wcześnie wychodząc jak zawsze z założenia, że lepiej być za wcześnie niż się spóźnić. Zapas czasu się przydaje bo fatum Łukasz zaczyna się rozprzestrzeniać i stoję na wszystkich czerwonych światłach po drodze do Katowic. Trasa to tylko 31km a jadę ją półtorej godziny, średnia prędkość wychodzi około 23km/h. Do żaby docieram pięć po siódmej więc idealnie na czas, na miejscu już czeka kolega Łukasza -Michał, a za chwilę dojeżdża Łukasz. Po małej przerwie na zakupy wspólnie jedziemy na miejsce zbiórki- jest koło godz. 20:00 i rowerów zaledwie kilkanaście, więc przez chwilkę zastanawiamy się czy organizatorom uda się pobić rekord ilości uczestników z poprzedniej edycji. Na szczęście parking się pomału zapełnia i przed 21 rowerów jest już.. mnóstwo :))



Czekając na rozpoczęcie imprezy Łukasz dzwoni do naszego rowerkowego kolegi Ramzesa, który w ten weekend postanowił  zdobyć Zakopane. Okazuje się że nie wiadomo jak to będzie z Zakopanem jako miastem bo dzięki nawigacji panowie zakopali się dokładnie na jakiś zadupiach i zawarli bliską znajomość z tatrzańskimi ścieżkami, które niekoniecznie nadają się dla rowerów, za to stanowią całkiem atrakcyjny trening dla pieszych wędrówek  ( zwłaszcza dla ludzi wyposażonych w objuczone sakwami rowery) :))

Po wpisaniu się na listę uczestników i kilku słowach od organizatorów ruszamy. Trasa biegnie trochę ścieżkami rowerowymi, trochę głównymi drogami, mamy parę momentów jazdy szutrem i w drodze powrotnej groblami pomiędzy jeziorami. Widok peletonu i dziesiątek migających czerwonych światełek jest fantastyczny. Głównym celem wyprawy jest Pogoria III gdzie zaplanowano dłuższy postój i przerwę. Korzystając z niej strzelamy sobie kilka pamiątkowych fotek:

Droga powrotna mija nam zdecydowanie szybciej, bo i tempo kręcenia zaczyna rosnąć. Pod zamkiem w Będzinie organizatorzy robią kolejną przerwę, w międzyczasie chłopaki walczą z rowerem Michała któremu odkręca się pedał. Tuż po ruszeniu w dalszą drogę Łukaszowi spada łańcuch i klinuje się pomiędzy kasetą a piastą, więc mamy krótką przerwę techniczną i gonimy grupę. Jakoś dziwnie szybko i łatwo się jeździ bez obciążenia :)) doganiamy ich bez większego wysiłku.

Tuż przed Katowicami czeka nas kolejna niespodzianka- Michałowi odpada pedał, a dokładne oględziny pokazują, że urwał się gwint i nie ma najmniejszych szans na naprawienie awarii. Koło nas zatrzymują się chłopaki z ekipy technicznej- mają problem z innym rowerem gdzie dla odmiany co jakiś czas strzela dętka. Wspólnymi siłami jakoś staramy się ogarnąć temat- biorę od jednego z nich plecak, inny chłopak jedzie prowadząc uszkodzony rower, a inny zabiera dziewczynę na swój rower. Ponieważ do świtu zostały jeszcze dwie godziny trasa rajdu biegnie przez Siemianowice Śląskie, obrzeża Katowic itd.. Z racji tego że Michał jedzie mając tylko jeden pedał i ramię korby drugiego postanawiamy odłączyć się od ekipy i pojechać do Katowic jak najkrótszą drogą. Docieramy do pomnika powstańców gdzie strzelamy sobie pamiątkowe zdjęcia


a następnie wbijamy na dworzec sprawdzić połączenia. Okazuje się, że oboje z Michałem mamy sensowne połączenia po godz. 5, więc daję się namówić na piwo i postanawiam wrócić do domu pociągiem, a nie jak wcześniej planowałam na kołach. Na Mariackiej spotykamy znajomych chłopaków z ekipy technicznej, zaopatrujemy się w  piwko, gadamy, w międzyczasie w naprawianym przez nich rowerze wystrzela koło i rozrywa oponę- więc o dalszej jeździe nie ma mowy. Żegnamy się z chłopakami- oni jadą jeszcze pod pomnik powstańców a my spokojnie ruszamy w stronę dworca. Kupuję bilet, w międzyczasie Łukasz spożywa śniadanko w Mcdonaldsie, a Michał zdobywa od wracających do domu kibiców świeże informacje na temat meczu otwarcia Polska-Serbia. 

Do domu dobijam parę minut po szóstej- total całej trasy 106km. Kolejny night biking we wrześniu:))








piątek, 29 sierpnia 2014

Jak dobrze wstać skoro świt.. czyli mała poranna przebieżka tym razem na większej ilości kółek :)


W ramach treningu do weekendowego oglądania wschodów słońca dziś ruszyłam na poranną rolkową przechadzkę wzdłuż autostrady. Endomondo oczywiście padło jak zawsze i nie zanotowało wogóle żadnego wyniku, niemniej z poprzednich przejazdów wiem, że cała pętla ma około 15km, a czasowo dziś na lajciku- 55minut.

Niemniej warto było wstać- było pięknie, a pies miał niesamowitą radochę buszowania po polach:)



wtorek, 26 sierpnia 2014

Plany na weekend- Night Biking Katowice 30-31.08.2014


Namówiona przez mojego rowerowego kolegę Łukasza w ten weekend wyruszam na całonocny przejazd ulicami, ścieżkami rowerowymi Katowic od 21-ej do wschodu Słońca:)


  link do strony:
http://www.rajdkatowice.pl/aktualnosci.html

oby pogoda nam dopisała, choć jak znam moje szczęście to będzie.. fajnie :P
 

niedziela, 24 sierpnia 2014

Praga- Ostrava- Gliwice 17.08.2014

Wyprawy do Pragi, a przy okazji mojej wakacyjnej włóczęgi dzień ostatni- około 80km

Po nocnej włóczędze po Pradze, spaniu pod i na dworcu rano wskazujemy do pociągu do Ostravy. Nareszcie jest czas na drzemkę w miarę normalnych warunkach, a potem poranną toaletę i zmianę ubrania. Tak jak na Słowacji pociągi nie rozczarowują- porządne miejsce na rowery, gniazdka z prądem i czyste toalety- zastanawiający fenomem, ciągle prawie niemożliwy do osiągnięcia w Polsce. 
Na dworcu z Ostravie robimy sobie pamiątkową fotkę i ruszamy w stronę kas dowiedzieć się jak wygląda nasza dalsza podróż.
Okazuje się że za pociąg do Katowic mamy zapłacić po 800koron od osoby ( kilkakrotnie dłuższa podróż z Pragi kosztowała zaledwie 400 koron), ale to polski pociąg więc wszystko jasne:)) Decydujemy się więc zobaczyć rynek w Ostravie i do Polski wracać na kołach. Po długim szukaniu bankomatu i rynku docieramy wreszcie na miejsce.
Rynek w Ostravie
Jeszcze nieśmiertelna pizza i ruszamy w stronę Chałupek. Znowu jedziemy czeską ścieżką rowerową- bardzo dobrej jakości asfalt, praktycznie zero ruchu i już za chwilkę jesteśmy na przejściu granicznym. Robimy pamiątkowe zdjęcia, kolejną przerwę od przerwy  na jedzenie i jedziemy dalej.
Na stacji benzynowej wiatr przewraca obładowany rower Łukasza, a Marcin podnosząc go a następnie próbując przestawić mojego obładowanego osiołka dokonuje odkrycia dlaczego wszystko co kupujemy ze sprzętu musi być jak najlżejsze :)) W Chałupkach proponuję chłopakom porzucenie trasy rysowanej przez nawigację i wbicie na główną drogę- od czasu otwarcia autostrady do Czech droga jest praktycznie pusta i spokojnie ciągniemy wspólnie do Wodzisławia. Tutaj żegnam chłopaków- odbijają na drogę do Świerklan  a ja kręcę w stronę Rybnika. Kolejne 15km to ciągłe podjazdy i zjazdy- których zaczynam mieć dość. W Rybniku robię krótką przerwę na czekoladę i wodę, a potem pobijam rekord prędkości w drodze do Gliwic.
To już koniec mojej 17-dniowej włóczęgi.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Jicin-Mlada Boleslaw- Praga-16-08.2014


Wyprawy do Pragi dzień drugi- 118km

Z kempingu Rumcajs wyruszamy po odbyciu zaległej kapieli ale bez śniadania, bo chłopakom nie odpowiada idea jedzenia w namiocie, a stosownego miejsca żeby usiąść i zjeść na kempingu nie ma. Znajdujemy sobie więc ładny przystanek autobusowy za miastem i tam spożywamy śniadanko. Nie wiem dlaczego ale najlepszym miejscem do jedzenia staje się budka telefoniczna- może dlatego że ciasno, kameralnie i jest półeczka żeby postawić jogurt..

Po śniadaniu kręcimy w stronę Pragi, dzień mija nam na chowaniu się przed deszczem, lub jechaniu w przerwach pomiędzy jedną ulewą a drugą. Apogeum radości przeżywamy w Mlada Bolselaw gdzie chowając się przed deszczem jednocześnie jemy wczesny lunch, a potem ponownie wracamy do tego samego mc donaldsa na kawę bo leje tak że nie ma mowy o dalszej jeździe. Przez Mlada Bolesław gdzie znajduje się fabryka i muzeum skody przemykamy jak najszybciej w strumieniach deszczu i nie chce nam się nawet na chwilę zatrzymywać. Z Mlada nie możemy już jechać do Pragi główną drogą bo zaczyna się ekspresówka i czas odpalić nawigacje. Boczne drogi wyprowadzają nas na ścieżkę rowerową- podjazd do góry po kocich łbach nie należy do przyjemnych, poz tym jest bardzo ślisko- decyduję się prowadzić rower, Łukasz również dołącza do mnie- tylko Marcin jest twardy i wjeżdża na górę. Jedziemy cudownymi bezdrożami, co jakiś czas panowie dyskutują na temat nawigacji bowiem jeden jedzie do przodu a drugi na północ więc bywa dość ciekawie:)) Po drodze zajadamy się z Marcinem gruszkami, buszujemy w polu słoneczników i jakoś coraz mniej interesuje nas o której dotrzemy do Pragi..


Ostatecznie do Pragi docieramy około 18-tej, przed tablicą Praga robimy pamiątkowe zdjęcia, a chłopaki dość burzliwie dyskutują na temat trasy- ech ta germinka :))
Praga jak to Praga- czarująca i porywająca jak zawsze, to jedno z moich ulubionych miast i mogę do niej wracać ciągle. Nawet Łukasz zsiada z roweru i zaczyna zwiedzania na własnych nogach a to już rzadki widok :)). Robimy masę zdjęć, zachodzące słońca dodaje starówce niesamowitego uroku, przed mostem Karola spotykamy Polaków z Wrocławia z którym strzelamy sobie fotkę,

Łukasz wymienia się z nimi kontaktami- mam nadzieję że zdjęcia mostu z ich aparatu będą faktycznie trochę lepsze od naszych i ruszamy zwiedzać. Oczywiście po drodze łapie nas deszcz więc na Hradczanach chowamy się pod arkady i zjadamy kolację. Po przerwie wprowadzamy rowery na zamek i tu czeka nas pierwsze rozczarowanie- złota uliczka jest dostępna tylko po zakupie biletów, a o tej porze oczywiście zamknięta więc zostaje nam tylko zrobienie sobie pamiątkowego zdjęcia przy tablicy.


Ze starówki ruszamy na dworzec- jest koło pierwszej w nocy- okazuje się że pierwszy pociąg do Ostravy mamy o 6 rano, a z dworzec jest zamykany na noc. Po krótkiej przejażdżce postanawiamy poczekać na miejscu i rozkładamy się na matach przed dworcem. Po krótkiej chwili dołączają do nas kolejni podróżni i pod dworcem rozkłada się komuna śpiących, gadających itd..


Jelenia Góra- przełęcz Okraj- Turtnov- Jicin


Pierwszy dzień wycieczki do Pragi- góry

Z internatu ruszamy wcześnie, ( tj. po godzinie ósmej :) i po zrobieniu pamiątkowych zdjęć wbijamy na starówkę Jeleniej Góry żeby zrobić parę zdjęć przed wyjazdem.
Ratusz- Jelenia Góra

Pomnik Szczudlarza
Uwieczniamy się na tle jelonków, szczudlarza i ratusza i ruszamy drogą na Kowary. Pomimo iż szybko na horyzoncie dostrzegamy góry dobry nastrój nas nie opuszcza,a wręcz dopada lekka głupawka. Po drodze zaliczamy jeszcze pałac w Łomnicy, a puste leżaki stojące na wypielęgnowanym trawniku wręcz zapraszają do zajęcia miejsc siedzących i zrezygnowania z dalszego wspinania się do Kowar.
Jesteśmy jednak nieugięci i po zrobieniu zwyczajowych zdjęć jedziemy dalej. Przez Kowary przejeżdżamy nie zatrzymując się ( osobiście mam jakieś deja vu bo byłam w tym miasteczku trzy tygodnie wcześniej) i ruszamy do Kowar Górnych- zaczyna się mozolna wspinaczka bo droga zaczyna biec coraz bardziej pod górę i wiemy już że teraz przed nami już tylko podjazdy. Przypomina mi się jak jadąc do sztolni w Kowarach samochodem pomyślałam na głos że dobrze że nie jadę rowerem:) cóż- rowerem też przejechałam tą trasę. Po drodze robimy krótki postój na jedzenie- jak stwierdzam później cała ta wyprawa mija pod znakiem jedzenia i szukania toalet- nie wiem czemu chłopaki na tym tripie są tacy wygłodzeni :)). I jakże tematyczną drogę Ofirar Głodu wspinamy się dalej. Nieoczekiwanie na jednym z bardziej stromych podjazdów słyszę z tyłu zgrzyt przerzutek- i mamy nieoczekiwaną przerwę- Łukasz zerwał łańcuch.

Dobrą chwilę zajmuje spięcie go na nowo, przy okazji czyszczenie i smarowanie. W międzyczasie z Marcinem robimy sobie sweet focię i zastanawiamy się jak daleko uda nam się dziś dojechać skoro jest godz.12:00 a my mamy przejechane niecałe 20km. Na drodze mija nas bardzo wielu rowerzystów pędzących wręcz na złamanie karków- okazuje się że niechcący bierzemy udział w amatorskim wyścigu kolarskim Kowary- przełęcz Okraj, który odbywa się już po raz 17-ty. Niestety nie mają naszej kategorii, musielibyśmy startować w kategorii open, a nie zarejestrowaliśmy się na starcie więc na otarcie łez dostajemy na przełęczy mapkę wyścigu. Wprawdzie droga biegnie cały czas mocno pod górkę ale jakoś spokojnie i lekko nam się wjeżdża- trochę się zastanawiałam jak to będzie po dwóch tygodniach ciągłego kręcenia, dużym obciążeniu i niemiłych wspomnieniach z bieszczad- było miło, przyjemnie i spokojnie, niemniej kolejna korba jaką zamontuje będzie jednak trochę mniejsza- 44 zęby- bo przy większym nachyleniu zbocza mogłabym już mieć problem. Po drodze robimy jeszcze kilka fotek pięknej panoramy gór, a na szczycie na przełęczy standardowo blachę że to już Czechy.
Dalej droga biegnie już tylko w dół- robi się zimno, zresztą pogoda na tej wyprawie nie rozpieszcza nas za bardzo i deszcz towarzyszy nam prawie cały czas. W pierwszej wsi robimy zakupy- czekolada studencka mniam mniam i decydujemy się jaką trasą pojedziemy dalej. Reszta dnia to kręcenie do Jicina, po drodze wjeżdżamy do miejscowości Trutnov gdzie nieoczekiwanie wita nas pomnik różowego robiącego kupę niedźwiedzia- nieprawdopodobne..
Czesi mają jednak większe poczucie humoru niż my.. :) Fotografujemy dokładnie misia, zjadamy po dużej pizzy i ruszamy dalej.  Do Jicina dojeżdżamy wieczorem, znajdujemy Tesco i panowie idą robić zakupy- zastanawiam się już czemu to tak długo trwa, kiedy wracają jakoś dziwnie uśmiechnięci- okazuje się że jeździli po Tesco na rowerkach- cóż.. to chyba potwierdza stwierdzenie że mężczyźni to duże dzieci :))


Zaliczamy jeszcze rynek robiąc kilka pamiątkowych zdjęć a następnie po ciemku wbijamy na kemping o nazwie Rumcajs, rozbijamy namioty, szybka kąpiel w zimnej wodzie i spanko.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Jelenia góra- Cieplice- zapora w Pilchowicach

14.08 dzień odpoczynku i krótkich wycieczek po okolicy- szybkie 60km

Z kempingu ruszam dopiero koło jedenastej, wykorzystuję pogodę suszę pranie i namiot. Jako pierwsze zaliczam Cieplice i stwierdzam że wbrew opinii kolegi Marcina warto tam zajrzeć bo jest naprawdę ładnie, a park zdrojowy zadbany i przyjemny. Po drodze zahaczam o serwis rowerkowy żeby odpowietrzyć hamulec bo przede mną przejazd przez góry i to na obciążeniu więc rower musi być sprawny.  Po naprawie wracam do Jeleniej   Góry, odbieram klucze od pokoju w bursie gdzie mamy załatwiony nocleg, ucinam sobie długą pogawędkę z byłym wychowawcą Marcina dzięki której mam nowe info o ścieżce rowerowej na zaporę. Pan rozbawia mnie stwierdzeniem ze ten mój rowerek to taki lichutki, z jednej strony jestem oburzona drwieniem z mojego osiołka a z drugiej cieszę się że aż tak nie rzuca się w oczy:) za to w każdym serwisie do którego podjeżdżam po obejrzeniu osiołka traktują mnie poważnie więc coś w tym jest.
Ścieżka wzdłuż kanału i doliny bobru jest naprawdę śliczna a w paru miejscach karkołomna i robi wrażenie. Schronisko perła zachodu bardzo ładne. W Siedlęcinie odbijam na szosę i po kilku podjazdach jestem na zaporze. Robię kilka zdjęć, odganiam jakiegoś niemca i próbuję do jeleniej wrócić ścieżką rowerową.  Niestety droga wygląda jak koryto rzeki i dla mnie jest nieprzejezdna więc trochę okrężną drogą wracam na szosę. Podjazdy nie robią zbyt dużego wrażenia zobaczymy jak będzie jutro. Po drodze robię zakupy i wracam ba kwaterę. Obiadek, drzemka i wieczorem na dworzec po chłopaków.

zapora w Pilchowicach

ścieżka rowerowa- okolice perły zachodu

Cieplice